Król… Durian I raz

Co to za król? Król owoców!

Kiedy zapadła już decyzja o wyjeździe do Malezji, a było to w środku zimy, jedną z wielu rzeczy, na które się cieszyliśmy były czekające na nas na drugim końcu świata egzotyczne owoce. Owoce takie jak papaja, arbuz, granat, mango (najsmaczniejszy w sezonie trwającym od maja do lipca) czy ananas dostępne są przez okrągły rok. Trzeba mieć pecha, żeby nie natknąć się na sprzedaż świeżo miksowanych lub wyciskanych soków. Po nacieszeniu się smakiem lubianego przez nas liczi, wrodzona ciekawość skłoniła nas do spróbowania niespotkanych przez nas wcześniej owoców. Tym sposobem poznaliśmy smak takich owoców jak mangostan, jackfruit (nie mylić z durianem), rambutan, snake fruit, smoczy owoc (dragon fruit), pomelo (jakby pomarańcza, ale bardzo delikatny w smaku), longan (podobne do liczi), star fruit, jambu air czy guawa.

Prawda jest taka, że długo zwlekaliśmy z degustacją duriana, mimo że wszyscy zachęcali nas do zjedzenia tego pysznego owocu. Dlaczego wcześniej nie wahaliśmy się spróbować innych owoców, a z durianem graliśmy na czas? Co jest nie tak z królem? A no… zapach, który nie należy do najprzyjemniejszych… poznaliśmy go już podczas pierwszych zakupów w pobliskim supermarkecie. Weszliśmy do sklepu i poczuliśmy okropny smród, jakby wszystkie owoce i warzywa na dziale były w stadium rozkładu, później okazało się że są w najlepszym porządku, a sprawcą całego nieprzyjemnie pachnącego zamieszania był właśnie ON. Ta pamiętliwa sytuacja skutecznie powstrzymywała nas od spróbowania duriana. Co nie zmieniło faktu, że spróbować naprawdę chcieliśmy. Stwierdziliśmy, że zjedzenie oryginalnego owocu trzeba poprzedzić treningami z produktami o jego smaku, takimi jak: lody McFlurry, babeczki z nadzieniem, czekoladki, cukierki. Nie było źle, smrodek był, ale też nie możemy powiedzieć że durianowe nadzienia super nam smakowały.

Aż tu nagle, kiedy spokojnie spacerowaliśmy po Kampung Baru (dzielnica KL), durian wziął nas z zaskoczenia! Zobaczyliśmy małe, niepozorne stoisko z durianami, spontanicznie zadecydowaliśmy, że to już najwyższy czas. Pewnie gdybyśmy się chwilę zastanowili nic by z tego nie wyszło.

Jak na króla przystało owoc nie jest tani, kosztuje około RM30 za kilogram, a cena zależy od gatunku. Wcześniej podpytywałam znajomych o najsmaczniejszego duriana, polecono mi dwa: mosang king oraz udang merah. Nasz 1,5 kg durian okazał się być mosang kingiem. Durian nazywany jest królem owoców prawdopodobnie tylko dlatego, że rozmiar ma tu znaczenie. A jak rośnie? Myślicie, że tak jak ananasy? Na krzaczkach? Nie wiedzieliście, że ananas rośnie na krzaku? Durian nie rośnie na krzaku, tylko na drzewie, jak jabłka. Nie chciałabym, żeby kiedykolwiek spadł mi na głowę, bo jego waga i skóra z kolcami z pewnością potrafią wyrządzić krzywdę.

Sam owoc znajduje się w grubej łupinie, jest go niewiele, a po otwarciu wydobywa się chmura smrodku. Z tego powodu duriana najlepiej jest jeść na zewnątrz, w otwartych przestrzeniach. Obowiązuje także zakaz wnoszenia tego owocu do hoteli, metra czy taxi o czym informują tabliczki z przekreślonym durianem.

Największym błędem jaki można zrobić przed zjedzeniem duriana jest powąchanie go z bliska. Gdy tylko durian wyląduje na stole najlepiej od razu jedną ręką zatkać nos i szybko go zjeść. Owoc rozpływa się w ustach, bo ma kremową konsystencję, słodki smak, ale trudny do porównania z jakimkolwiek innym owocem.

Jak widać na powyższym zdjęciu, to był prawdopodobnie pierwszy i ostatni raz kiedy zjadłam ten owoc. Do chwili, gdy nie czułam zapachu duriana było w porządku, ale kiedy odetkałam nos momentalnie pojawił się lekki odruch wymiotny. Alex jest chyba bardziej odporny, bo bez problemu spałaszował połowę owocu. Durian jest nawet na swój sposób smaczny, ale zjedzenie go nie wynagradza efektów ubocznych.

Reklamy

Malajskie wesele

W ubiegły weekend odhaczyliśmy kolejny punkt na naszej liście rzeczy do zrobienia w Malezji.

Zgodnie z zaproszeniem, pierwszego dnia lutego stawiliśmy się na tradycyjnym malajskim weselu. Sytuacja ta wymagała od nas drobnych przygotowań, głównie doinformowania się co i jak:

Ubiór: panie powinny zadbać o zasłonięcie nóg i ramion. Panów nie obowiązują żadne reguły – styl dowolny: dozwolone są nawet klapki, jeansy i t-shirt, a krawat absolutnie nie wchodzi w grę.

Prezent: wyłącznie kasa, średnio RM100 od pary. Nie ma zwyczaju kupowania kwiatów. Tylko najbliższa rodzina przekazywała paczki opakowane w ozdobny papier.

Miejsce: osiedle domków jednorodzinnych. Na specjalnie zamkniętej z tej okazji ulicy przy domu Pani Młodej, rozstawiony został duży namiot wraz ze stolikami dla gości. Dzień był piękny, niebo było bezchmurne, co niewątpliwie jest marzeniem każdej pary w dniu ślubu, ale w Malezji jest tak na co dzień, więc nikt poza nami nie przywiązywał większej wagi do pogody.

Ceremonia: a to niespodzianka, nasza Młoda Para, wcale nie była dopiero co upieczonymi małżonkami. Ślub wzięli 2 tygodnie wcześniej w obecności najbliższej rodziny. Zgodnie z tradycją wesele dla reszty krewnych i znajomych odbywa się w późniejszym terminie.

Muzułmanie w Malezji coraz częściej odchodzą od tradycji oddzielnego świętowania przez kobiety i mężczyzn. W krajach arabskich panna młoda „bawi się” na innej sali niż pan młody, każde z nich w towarzystwie tylko tej samej płci. Na weselu w którym uczestniczyliśmy nie było takiego podziału, jednak starsze osoby wspominając swój ślub mówiły, że taka sytuacja miała u nich miejsce.

Na zaproszeniu jasno został wskazany czas trwania imprezy od 11:00 do 16:00. Mieszkając od kilka miesięcy w Malezji wiedzieliśmy, że godzina rozpoczęcia nie jest w żaden sposób wiążąca, co więcej raczej nie wypada pojawić się punktualnie. Umówiliśmy się z kilkoma osobami (Malajami) o 12:00. Przyjechaliśmy o 12:05, nikogo nie było. Pojechali bez nas? Niemożliwe… jeszcze nawet nie przyjechali. Po 10 minutach pojawiła się jedna osoba, a co z resztą? Mówili, że są w drodze, co tłumacząc na realny język oznacza ni mniej ni więcej, że jeszcze nawet nie wyszli z domu.

Około 12:20 zaparkowaliśmy w pobliżu domu Pani Młodej. Pod ogromnym namiotem był już niemały tłok. Zgodnie z planem o 12:30 miała pojawić się Młoda Para, ale że Malezja to Malezja, to też nic nie może wydarzyć się o czasie. Para kazała poczekać na siebie jeszcze przeszło kwadrans, czego tak naprawdę nikt nie miał za złe. Od rozpoczęcia wesela do czasu, gdy Młodzi uraczyli gości swoją obecnością minęły prawie 2 godziny, w międzyczasie ludzie już jedli i rozmawiali. Było też karaoke, każdy chętny mógł zaśpiewać piosenkę, odważnych nie brakowało, a to wszystko w południe i bez kropli alkoholu oczywiście. Ze względu na umiłowanie Malajów do jedzenia byliśmy przekonani, że ilość potraw na polskich weselach była tylko niewielką cząstką tego z czym przyjdzie nam się zmierzyć w Malezji. Na miejscu okazało się, że w menu były 2 rodzaje ryżu do tego kurczak, wołowina, pikantny gotowany ananas oraz warzywa, wszystko dostępne w formie bufetu. Było także stoisko z kolorowymi deserami oraz słodkimi napojami. Po nałożeniu jedzenia goście udawali się do rozstawionych plastikowych stolików. Na stolikach nie było wskazanych imiennie miejsc z tego względu, że na wesele zaproszonych było kilkaset osób. Każdy siadał tam, gdzie akurat było wolne krzesło i takim sposobem, kiedy jedliśmy obiad, wokół nas co chwilę zmieniały się osoby.

Akurat skonsumowaliśmy obiad, gdy z domu wyszła piękna Pani Młoda. Miała na sobie jasną, zdobioną suknię. W towarzystwie dwóch druhen przeszła między stołami w kierunku wejścia do namiotu. Przed namiotem, przy akompaniamencie bębnów, czekał Pan Młody wraz z rodziną. Bez zgody Pani Młodej nie mogli przekroczyć wejścia, dlatego Pani Młoda oficjalnie musiała przywitać swojego męża i cały orszak. Kolejnym etapem było przemaszerowanie małżonków wzdłuż stołów, na sam przód namiotu, gdzie ustawione były ogromne fotele. Para młoda zasiadła na „tronie”, gdzie przyjmowała błogosławieństwa oraz dary od najbliższej rodziny.

Goście weselni otrzymywali sztuczne kwiatki z przytwierdzonymi do nich gotowanymi jajkami, które są symbolem płodności. Para rozdaje je, aby w przyszłości cieszyć się gromadką dzieci. Z racji tego, że byliśmy niejako jedną z atrakcji na ślubie, traktowano nas w uprzywilejowany sposób – otrzymaliśmy w sumie aż 4 jajka. Udało nam się też bez kolejki zrobić zdjęcie z Parą Młodą, rodzicami Pani Młodej i jej siostrą. Dużo osób przyglądało nam się ukradkiem, a niektórzy nieśmiało prosili o wspólne zdjęcie – po zgodzie z naszej strony na ich twarzach pojawiał się wielki uśmiech 🙂

Na weselu zabawiliśmy najdłużej ze wszystkich, bo aż 3 godziny, gdzie średnia odwiedzin przez gościa wynosiła ok. 30-45 minut. Ludzie co chwilę wychodzili, a na ich miejsce przychodzili inni. Znajomi Alexa z pracy pojawiali się o różnych porach i zaraz po przywitaniu się każdy pytał czy już jedliśmy 🙂 Na odchodne wszyscy goście otrzymywali paczuszkę z przekąską i napojem, zapewne na wypadek gdyby przypadkiem zgłodnieli w drodze do domu.

Na sam koniec wspomnę szybko o rozwodzie, o który mężczyzna może wystąpić w każdym momencie, zależy od jego widzimisię. Kobieta z kolei zawsze musi mieć powód i mocny dowód, jak np.: mąż nie jest w stanie utrzymać rodziny.

Bardzo cieszyliśmy się z możliwości wzięcia udziału w muzułmańskim weselu i zdobycia nowego kulturalnego doświadczenia. Po godzinie 15. podziękowaliśmy za zaproszenie i pożegnaliśmy się z miłymi gospodarzami. Byliśmy po weselu, mimo to czekało na nas jeszcze całe leniwe popołudnie, a następnego dnia nie trzeba było leczyć kaca 🙂

Świąteczne Kuala Lumpur

Święta tuż tuż… w Kuala Lumpur już na początku listopada zaczęły pojawiać się świąteczne dekoracje, a w sklepach grano piosenki charakterystyczne dla tego czasu w roku. Pięknie ubrane choinki, mikołaje, renifery oraz świąteczna muzyka – to wszystko nie wystarczyło, abyśmy poczuli tę specjalną atmosferę. Nie wyobrażaliśmy sobie, że Święta moglibyśmy spędzić w Malezji, dlatego aktualnie w te szare dni marzniemy tak samo jak Wy 🙂  Święta w domu!

Świąteczne Kuala Lumpur