8. Taman Negara, Malezja

W walentynki zamiast założyć wypolerowane lakierki i pójść na kolację do eleganckiej restauracji zasuwaliśmy w adidaskach po najstarszym na świecie lesie deszczowym! Taman Negara liczy sobie 130 mln lat, co oznacza, że pamięta nawet dinozaury. W malezyjską dżunglę o powierzchni ponad 4 tyś. km2 zapuszczają się zarówno tacy słabeusze jak my, jak i zapaleni trekkingowcy zakradający się w jej głąb (z profesjonalnym przewodnikiem) i nocujący w obozach czy nawet jaskiniach. Poza samodzielnym spacerem po wyznaczonych szlakach w Parku Narodowym można wypożyczyć łódź i podziwiać bujną roślinność z perspektywy rzeki, a na samym końcu zrelaksować się na plaży nieopodal wyjścia.

Naszą wyprawę rozpoczęliśmy w wiosce Kuala Tahan, w której widać było zniszczenia po ostatniej wielkiej powodzi. Niektóre domki i restauracje dosłownie popłynęły z nurtem niepozornej na co dzień rzeki, a te którym udało się wytrzymać rwący nurt nadają się do rozbiórki lub generalnego remontu. W czasie powodzi w grudniu 2014 roku poziom wody wzrósł o kilkadziesiąt metrów i niemalże dorównał największej do tej pory powodzi z 1971 roku (74 metry). Na szczęście już w lutym widzieliśmy prężne prace nie tylko przy odbudowie przystani w Kuala Tahan. W czasie naszej wizyty zamknięto także 1-2 szlaki ze względu na zniszczenia wywołane przez powódź. Poza tym wszystko wydawało się funkcjonować normalnie.

Początkiem naszej przygody była krótka przeprawa łódką na drugą stronę rzeki (RM1). W drodze do informacji turystycznej minęliśmy remontowany hotel Mutiara co wyjaśniało brak wolnych miejsc, kiedy próbowaliśmy zarezerwować tam nocleg. Przed wejściem na szlak zarejestrowaliśmy się w informacji turystycznej (RM1) oraz opłaciliśmy licencję na używanie aparatu/kamery (RM5). Po dokładnym spryskaniu się preparatem odstraszającym komary (to podstawa – poza dużą ilością wody i zapasem jedzenia!) ruszyliśmy kładkami w kierunku parku linowego. Powoli spacerowaliśmy pośród bujnej roślinności, przyglądaliśmy się plątanionom lian, ogromnym starym drzewom i ich imponującym korzeniom. Często wsłuchiwaliśmy się w odgłosy lasu i próbowaliśmy zlokalizować źródła szelestu. Czasami naszą drogę przebiegał jakiś zwierzak… niestety nie był to słoń, ale duże i małe jaszczury też były fajne. Spotkaliśmy także kilka małp, no i nigdy nie dowiemy się co czaiło się za rogiem…

Mimo niemalże roku spędzonego w tutejszym klimacie, ukrop w lesie deszczowym zdawał się być nie do zniesienia. Nawet po spokojnym spacerze odczuwaliśmy pierwsze oznaki zmęczenia i marzyliśmy, żeby zanurzyć się w naszym basenie w KL.

Kładka doprowadziła nas do parku linowego (canopy walk RM5), w którym mosty zawieszone są na wysokości 25-40 metrów. Spacer niemalże pośród koron drzew i możliwość spojrzenia na dżunglę z perspektywy małpy jest naprawdę wart doświadczenia. A to, że mosty są tak wysoko i dodatkowo z każdym krokiem bardziej się bujają, daje tylko większą frajdę.

Kolejnym celem było 344 metrowe wzniesienie Bukit Terisek, na którego szczyt prowadziły schody. Te schody wbrew pozorom były naprawdę dobrym pomysłem. Nie jesteśmy tarzanami, więc bez nich na pewno nie dalibyśmy rady wdrapać się na górę. Zatrzymaliśmy się na zasłużony wypoczynek z widokiem na teren po horyzont zalany bujną zielenią. Poszliśmy dalej, do drugiego punktu widokowego na tym wzniesieniu i wtedy skończyły się schody i kładki, a zaczęła rządzić natura. Zdecydowaliśmy się nie wracać schodami, którymi przyszliśmy tylko iść dalej przed siebie, aby w ten sposób zatoczyć koło i znaleźć się z powrotem w Kuala Tahan.

Szlak tylko miejscami był wyznaczony przez liny, które wykorzystywaliśmy do przytrzymania się, gdy naturalne stopnie z korzeni były za wysokie lub za strome. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy na co się pisaliśmy, droga wydawała się nie mieć końca, brak było jakichkolwiek oznaczeń i nie zawsze mieliśmy pewność czy zmierzamy w dobrym kierunku. Nasza mapa w tej sytuacji była kompletnie bezużyteczna, bo nie mieliśmy żadnego punktu orientacyjnego, jak to w dżungli wszędzie były drzewa. Przedzieraliśmy się pod i nad powalonymi konarami, a czasami były tak ogromne, że trzeba było je obejść. Niektóre z nich przewróciły się w czasie ostatniej powodzi, inne były już w zaawansowanych stadiach rozkładu. Przeskakiwaliśmy strumyki i przechodziliśmy przez wąwozy. Szliśmy tak długo, że praktycznie straciliśmy zainteresowanie naszym otoczeniem. Poniekąd sami byliśmy sobie winni, bo na początku niepotrzebnie zrobiliśmy dodatkową pętlę, ale ostatecznie nasza trasa miała nie przekroczyć 7 km, a po dotarciu do punktu wyjścia licznik wskazywał na przejście kilkunastu kilometrów. Na finiszu nie zatrzymaliśmy się nawet przy mijanej plaży, potwornie zmęczeni i głodni wróciliśmy na drugą stronę rzeki i usiedliśmy w jednej z restauracji na barce.

Spacer po tak ogromnej dżungli na pewno zostanie niezapomnianym przeżyciem, pomimo że nie należymy do osób, które mogłyby wędrować całymi dniami. Preferujemy raczej krótkie dystanse (2-3h) w otoczeniu natury i do tego świetnie sprawdza się oddalony o kilkanaście kilometrów od KL las FRIM (z parkiem linowym) czy otoczony plażami Taman Negara (Park Narodowy) na wyspie Penang. A dla najmniej wytrwałych godny polecenia jest las deszczowy Bukit Nanas zlokalizowany w samym centrum KL u stóp wieży TV.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s