6. Bali, Indonezja #2

Bali zaczęło urzekać nas już w momencie, gdy podchodziliśmy do lądowania na tej pięknej wyspie. Wyjazd miał być stricte wypoczynkowy, jednak Bali kompletnie nas zaskoczyło. W drodze do hotelu od razu zmieniliśmy zdanie – musimy wygospodarować przynajmniej 1 dzień na zwiedzanie. Dopiero na miejscu otworzyliśmy przewodnik, który uświadomił nam, że wyspę moglibyśmy zwiedzać przez cały tydzień i nie zabrakłoby atrakcji.

Już pierwszego dnia, podczas spaceru zaczepił nas sympatyczny Pan Imade Tarka (tel.: 081 246 765 86), bez nacisku zaoferował nam swoje usługi transportowe i plan zwiedzania, zaznaczając jednocześnie, że jest otwarty na nasze pomysły. Przez pierwsze trzy dni powoli planowaliśmy trasę, wybierając miejsca, które koniecznie chcemy zobaczyć. Nie było to łatwe zadanie, ale po kilkukrotnej selekcji stworzyliśmy zarys naszej jednodniowej wycieczki i umówiliśmy się z kierowcą ($50 za 12h).

W czasie jazdy przed naszymi oczami przelatywał balijski krajobraz: świątynie, pola ryżowe, sklepiki z figurkami i tak na przemian. Bali nazywane jest Wyspą Tysiąca Świątyń, mimo że z pewnością jest ich nawet kilkadziesiąt tysięcy – najmniejsza miejscowość musi mieć minimum 3 świątynie, a do tego każdy mieszkaniec, przed swoim domem, ma kapliczkę.

Dojechaliśmy do Goa Gajah i nawet nie zdążyliśmy wysiąść z auta, a już zostaliśmy zaatakowani przez sprzedawczynie, które twierdziły, że w świątyni odbywa się ważna ceremonia i koniecznie musimy kupić sarong. Sarong, to specjalna chusta, którą przed wejściem do świątyni należy zakryć nogi – reguła ta dotyczy kobiet i mężczyzn. Faktem jest, że zasada ta obowiązuje w wielu świątyniach, ale nie można dać się zwariować sprzedawczyniom (przed wejściem do świątyni często znajdują się wypożyczalnie sarong). Po wynegocjowaniu 1/3 początkowej ceny, zdecydowaliśmy się na zakup własnego sarong, nie tylko dla świętego spokoju, ale też dlatego, że w planie mieliśmy odwiedzenie kilku świątyń. Alex wybrał sarong z klasycznym wzorem szachownicy, symbolizującym walkę dobra ze złem.

Goa Gajah (wstęp 15 tyś. rupii) to w dosłownym tłumaczeniu jaskinia słonia, szacuje się, że w XI wieku została wykuta w skale. Nad wejściem do jaskini znajduje się głowa boga Bhoma, mylnie kojarzona z głową słonia. Nazwa jaskini pochodzi od rzeźby boga Ganesha (głowa słonia), która jest w jej wnętrzu. Nieopodal jaskini znajduje się dawne miejsce do kąpieli oraz kilka świątyń. W jednej z nich na dzień dobry usłyszeliśmy „ok, ok”, kilka „ok, ok” później za pomocą patyka zostaliśmy skropieni wodą, po kolejnych „ok, ok” Pan dyskretnie podniósł matę pod ołtarzem i wskazał na leżące tam pieniądze, powtarzając „ok, ok?” 🙂

Wróciliśmy do auta, kierowca przejrzał nasz plan i wykreślił niemalże połowę punktów… z pewnością chcieliśmy zobaczyć więcej niż było możliwe, ale nie przewidzieliśmy, że przejazd między wyznaczonymi przez nas miejscami, na tak małej wyspie, zajmie dwukrotnie więcej czasu niż zakładaliśmy. Przypuszczaliśmy, że jakość dróg i natężenie ruchu będą zbliżone do Mauritiusa, oj, jak się pomyliliśmy… pokonanie 50 km zajmowało nam przeszło godzinę. Mimo, iż odległości między poszczególnymi atrakcjami nie były duże, kierowca był bardzo wprawiony, to i tak nie udało nam się przeskoczyć zakorkowanych i wąskich dróg.

Po skróceniu naszego planu do minimum, pojechaliśmy zobaczyć Pura Gunung Kawi (wstęp 15 tyś. rupii). Do kompleksu świątyń prowadzą strome schody, otoczone malowniczymi polami ryżowymi. Z oddali słyszeliśmy szum rzeki, aż w końcu dotarliśmy do majestatycznych świątyń, których otoczenie czyni to miejsce jednym z najładniejszych na Bali.

Tego dnia czekała na nas jeszcze jedna świątynia. A dzień w którym wybraliśmy się na zwiedzanie, jak wywnioskowaliśmy po odświętnym stroju naszego kierowcy, nie był zwykłym dniem. 8 października przypadało ważne święto, to też od rana we wszystkich świątyniach trwały przygotowania, jak np.: tworzenie dekoracji z kwiatów czy nadziewanie ryżem wcześniej uwędzonych prosiaczków, które później składane były w formie darów. Nasz przyjazd do Pura Tirtha Empul idealnie wpasował się w uroczystą procesję. Byliśmy świadkami ceremonii z tradycyjnymi tańcami i muzyką. Obserwowaliśmy odświętnie ubrane kobiety, które na głowach nosiły kosze z darami.

Przy świątyni znajdują się słynne święte źródła, ludzie wierzą, iż ta woda ma magiczną moc – jest eliksirem nieśmiertelności. Dlatego wchodzą do basenu z kamiennymi „kranami”, modlą się, składają ofiary i opłukują wodą, wszystkie czynności powtarzają przy każdym, z kilkunastu miejsc, z których wylewa się woda.

Po zobaczeniu wszystkich zaplanowanych świątyń, naszą podróż kontynuowaliśmy na północ wyspy. Z krajobrazu zniknęły pola ryżowe, które zostały zastąpione przez uprawy owoców. Kierowca zawiózł nas do miejscowości Penelokan, gdzie w restauracji zjedliśmy mało smaczny obiad, ale za to z pięknym widokiem na czynny wulkan Gunung Batur i jezioro.

Indonezyjskie wyspy słyną z produkcji najdroższej kawy na świecie – luwak. Kawa przechodzi szczególny proces: sympatyczny zwierzak łaskun zjada najlepsze ziarna kawy, których miąższ zostaje nadtrawiony, tracąc przez to gorzki smak, a następnie wydalony z jego organizmu. Gotowe ziarna wybiera się z odchodów, oczyszcza i dalej poddaje się je już standardowym procesom obróbki kawy.

W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się przy tarasach ryżowych oraz wpadliśmy na chwilę do tętniącego nocnym życiem Ubud.

Tego dnia nie udało nam się dotrzeć do Tanah Lot, a tym bardziej do Uluwatu, dlatego umówiliśmy się z naszym kierowcą na kolejny wyjazd właśnie do tych miejsc:

Tanah Lot – świątynia została wybudowana w XVI w. na skale, która w czasie przypływu zostaje otoczona wodą Oceanu Indyjskiego.

Uluwatu – świątynia znajduje się wysoko na klifie przypominającym dziób statku, jak głosi legenda świątynia powstała wskutek przekształcenia statku w skałę. Na miejscu trzeba strzec się małp, bo ich ulubionym zajęciem jest kradzież okularów czy klapków, które później są niemalże nie do odzyskania.

Bali poza tym, że jest warte odkrycia, jest idealne do zakupu oryginalnych pamiątek. Nie mówiąc już o pięknych meblach i innych elementach wyposażenia wnętrz. Pierwszy raz zdarzyło nam się, że mieliśmy problem z wyborem pamiątek, ale nie ze względu na sam kicz (który też oczywiście jest), tylko na ogromny wybór, eleganckich, ręcznych wyrobów. Najciekawsze jest to, że w różnych miejscach na wyspie dostępne są zupełnie inne przedmioty/pamiątki, dlatego warto od razu kupić daną rzecz, jednocześnie nie zapominając o tym, aby się targować (najlepiej do 30% pierwotnej ceny).

Zobacz także wpis: Bali, Indonezja #1 (wypoczynek)

Reklamy

Urodzinowe prezenty: Bukit Tinggi i Sanktuarium Słoni

Listopad to miesiąc w którym przypadają nasze urodziny. Jeżeli urodziny, to i prezenty… u nas od lat najlepiej sprawdzają się wspólne wyjazdy 🙂 W piękny słoneczny dzień, oddaliliśmy się o 55 kilometrów od KL, a tam czekały na nas same niespodzianki!

Miejscowość Bukit Tinggi to synonim ciszy i spokoju. Zameldowaliśmy się w hotelu The Chateau otoczonym zalesionymi wzgórzami. Po zachłyśnięciu się pięknymi widokami trafiliśmy do parku linowego. Bez wahania zdecydowaliśmy się na najdłuższy w Azji, kilometrowy, zjazd na linie w lesie deszczowym (Flying Fox). Żeby nie było za łatwo, w pierwszej kolejności musieliśmy pokonać chwiejny most zawieszony kilkanaście metrów nad drogą. Następnie udaliśmy się w kierunku platformy, na którą wdrapaliśmy się po konarze. Później poszło już gładko, instruktor szybko nas przeszkolił, sprawnie przepiął zabezpieczenia i już jedno po drugim lecieliśmy przez las deszczowy z prędkością do 100 km/h. Nie byliśmy świadomi kolejnego etapu. Okazało się, że oczywiście musimy wrócić do punktu wyjścia. Jedyną drogą było pokonanie mostu linowego i wspięcie się, kilkadziesiąt metrów po zawieszonej na drzewie drabinie, na kolejną platformę. Powrotny zjazd wspominamy najlepiej, ponieważ równolegle zawieszone były 2 linki, które umożliwiały wspólny powrót 🙂

Kolejne atrakcje nie wymagały już od nas wzmożonego wysiłku fizycznego. Podstawione przez hotel auto z kierowcą zawiozło nas 3500 stóp powyżej poziomu morza. Po drodze zatrzymaliśmy się na chwilę, żeby z bliska podziwiać skaczące po drzewach ogromne małpy. Na samej górze poza pięknym widokiem mieliśmy okazję zobaczyć ogród japoński oraz botaniczny. Najpierw przespacerowaliśmy się po zadbanym japońskim ogrodzie, w którym stał typowy japoński domek, a panie w kimonach parzyły herbatę.

Po wejściu do ogrodu botanicznego przysiedliśmy na godzinkę w japońskiej restauracji. Kiedy zregenerowaliśmy siły poszliśmy podziwiać egzotyczną roślinność w ogrodzie botanicznym. Co rusz słychać było szum drzew, nie z powodu wiatru, ale za sprawą małp, których skoki znowu mogliśmy obserwować – małpom nie zawsze udawało się dobrze przekalkulować odległości i spadając chwytały się każdej możliwej gałęzi.

Późnym popołudniem wróciliśmy do hotelu, gdzie na dobre zakończenie dnia udaliśmy się do SPA.

Kolejny dzień rozpoczęliśmy przepysznym organicznym śniadaniem, po którym spakowaliśmy się i poszliśmy do, znajdującej się nieopodal naszego hotelu, wioski francuskiej (French Village). Między wzgórzami zbudowano osadę we francuskim stylu: hotel, kilka restauracji i kawiarni, kino 6D i wiele atrakcji dla dzieci. Całość wygląda sztucznie i nieco kiczowato, co jednak idealnie wpasowuje się w gusta Malezyjczyków. Nie spędziliśmy tam dużo czasu, bo nagle się zachmurzyło i szybko udaliśmy się w kierunku parkingu.

Po minięciu tysięcy palm, a dokładniej godzinie spędzonej w samochodzie, dotarliśmy do najbardziej przez nas wyczekiwanej atrakcji, czyli Sanktuarium Słoni w Kuala Gandah (Kuala Gandah Elephant Sanctuary). Wstęp był bezpłatny, jednak każdy dobrowolnie mógł przekazać dowolną kwotę na rzecz Sanktuarium. Do Sanktuarium trafiają słonie, które z różnych powodów musiały zostać przeniesione z zamieszkiwanych przez nie terenów, np. podczas poszukiwania jedzenia zostały złapane na plantacjach, bo w związku z rozwojem rolnictwa ich wcześniejsze tereny żerowania uległy radykalnemu zmniejszeniu. Słonie azjatyckie należą do gatunków zagrożonych wyginięciem, dlatego ludzie są edukowani, aby nie ranić, ani nie zabijać tych zwierząt, a od razu kontaktować się z odpowiednią instytucją w celu ich złapania. Zwierzęta trafiają do Sanktuarium, gdzie są rehabilitowane i w późniejszym czasie przenoszone do parków narodowych np. Taman Negara. Sanktuarium jest niewątpliwie atrakcją turystyczną, jednocześnie dąży do zwiększenia świadomości ludzi dotyczącej sytuacji słoni m.in. przez projekcję filmów w znajdującej się na jego terenie sali kinowej.

W sanktuarium widzieliśmy malutkie słonie, zaledwie 6-miesięczne, jak i duże, przeszło 40-letnie.  Na miejscu każdy turysta może kupić fistaszki, banany i trzcinę cukrową, aby do woli karmić te przeurocze zwierzęta. Karmienie słoni sprawiło nam ogromną radość. Ich trąby, zbudowane z kilkudziesięciu tysięcy mięśni, z niezwykłą sprawnością chwytały pokarm. Słoń azjatycki w odróżnieniu od słonia afrykańskiego ma mniej mięśni w trąbie, nie łapie jedzenia samą jej końcówką, lecz zawija je w trąbę. O godzinie 14:00 odbywa się kąpanie słoni w rzece przepływającej przy Sanktuarium. To jedna z nielicznych okazji kiedy można tak bardzo zbliżyć się do tego ogromnego zwierzęcia i go wykąpać. Niestety w dniu naszej wizyty poziom wody w rzece był na tyle wysoki, że poza słoniami, tylko pracownicy Sanktuarium mogli do niej wejść. Nam pozostało jedynie z ciekawością przyglądać się kąpieli w czasie której nieraz z trąb pryskała woda 🙂 Po kąpieli nadszedł czas na krótkie show przedstawiające mieszkańców Sanktuarium oraz wykonywane przez nich najprostsze sztuczki np.: zgięcie nogi w taki sposób, aby opiekun mógł wejść na grzbiet. Nasz urodzinowy weekend zakończyliśmy obiadem w Jumbo Cafe i jeszcze bardziej rozkochani w słoniach ruszyliśmy w stronę KL.

Najlepszym prezentem oczywiście była pogoda 🙂