6. Bali, Indonezja #1

Kiedy w Malezji pora deszczowa rozkręcała się na dobre, my szukaliśmy miejsca na urlop, wolnego nawet od kropelki deszczu. Po długich poszukiwaniach i zestawieniu ze sobą, często sprzecznych danych na temat klimatu panującego w danym regionie na świecie, trafiliśmy na Bali. Październik to najlepszy miesiąc na wyjazd w tym kierunku, wtedy na wyspie panuje sucha pora, a jednocześnie jest najmniej turystów.

Żeby pojechać na Bali trzeba być milionerem. Pierwszego miliona nie trzeba ukraść, wystarczy pójść do kantoru i wymienić ok. 300 zł na indonezyjskie rupie. Już jako milionerzy, po trzech godzinach w powietrzu, podeszliśmy do najładniejszego dla nas do tej pory lądowania – pas lotniska Denpasar zaczynał się na wodzie.

Formalności na lotnisku zajęły nam przeszło godzinę. Od razu po przylocie zakupiliśmy wizę* ($35 na max. 30 dni) która została wklejona do paszportu po oddaniu wypełnionego formularza przylotu. Zwróconą drugą część formularza trzeba schować i oddać przed odlotem, ale żeby wylecieć z Bali należy jeszcze uregulować opłatę pasażerską w wysokości 200.000 rupii. Oddanie kolejnego papierka, który otrzymaliśmy wcześniej w samolocie, otworzyło przed nami drzwi nowego lotniska – z charakterystycznymi balijskimi elementami architektonicznymi.
* od kwietnia 2015 r. ma zostać zniesiony obowiązek wizowy dla obywateli Polski! Pobyt na terenie Indonezji do 30 dni będzie bezpłatny 🙂

To co zobaczyliśmy w drodze z lotniska do hotelu przerosło nasze oczekiwania, byliśmy oczarowani już po pierwszych minutach! Na Bali urzekły nas dziesiątki mijanych figurek, ustawionych wzdłuż drogi na zadbanych pasach zieleni. Klimat wyspy poczuliśmy już na samym początku, przejeżdżając przez typowe kamienne bramy, obok tradycyjnych świątyń, obserwując modlące się przed nimi osoby oraz różnorakie miejsca w których składane były dary, np. na podjeździe do garażu.

Zanim dojechaliśmy do hotelu zostaliśmy dwukrotnie skontrolowani. Taksówkarz musiał zatrzymać samochód przed szlabanem, a podwozie auta i bagażnik zostały szybko poddane kontroli. Kontrole są wynikiem zamachów terrorystycznych z 2002 r., mają dawać turystom poczucie bezpieczeństwa. Przez cały pobyt obserwowaliśmy wzmożone kontrole, a lot powrotny z Bali mieliśmy w przeddzień 12. rocznicy zamachów w których zginęło ponad 200 osób. W trakcie naszej wizyty na wyspie nie mieliśmy żadnych powodów do niepokoju.

Nasz pobyt od samego początku nastawiony był na odpoczynek, którego najbardziej potrzebował Alex. Z tego powodu aż pięć z siedmiu dni spędziliśmy przy basenie w hotelowym ogrodzie, na plaży oraz spacerując po okolicy. Nasz hotel zlokalizowany był w Nusa Dua – spokojnej miejscowości z resortami, z dala od imprezowej Kuty.

Na każdym kroku spotykaliśmy małe, udekorowane świątynie, w których na splecionych z liści tackach leżały dary: owoce, kwiaty, mięso a nawet cukierki. Każda z nich wzbudzała w nas nie mniejsze zainteresowanie. To właśnie napotykane i odkrywane na naszej drodze świątynie, a także obserwacja modlących się przy nich ludzi umożliwiły nam poznanie z bliska podstawowych obrzędów.

Tylko na terenie hotelu zlokalizowane były dwie świątynie, a kolejna stała już przy plaży sąsiadującej z hotelem. Plaża była bardzo ładna, a woda ciepła i przejrzysta. Na plaży odpoczywaliśmy tylko w czasie przypływu, bo kiedy woda cofała się o kilkadziesiąt metrów mieliśmy widok na „błotne pole”.

Idąc na spacer z reguły wybieraliśmy jedną z dwóch opcji. Spacer wzdłuż plaży, na przeciwko której usytuowane były resorty z wielkimi ogrodami, wieczorami trasa była klimatycznie oświetlona, a z hotelowych barów wydobywała się spokojna muzyka. Zawsze udało nam się znaleźć przyjemne miejsce na kolację, której towarzyszył szum fal. Druga trasa spaceru, w przeciwnym kierunku, była wytyczona przez bulwar „the bay Bali”, który po przejściu wzdłuż barów i restauracji, doprowadził nas do Peninsula Island. Na półwyspie raz w roku odbywa się impreza – Nusa Dua Fiesta, gdzie obejrzeliśmy przedstawienie (artyści byli ubrani w tradycyjne stroje), kolekcję drzewek bonsai, rzeźbienie w lodzie, a poza tym oczywiście dobrze zjedliśmy.

Kuchnia indonezyjska oferuje praktycznie te same dania, które są charakterystyczne dla Malezji, np. satay czy kurczak curry. Z tą różnicą, że jedzenie na Bali, po pierwszym kęsie nie wypalało kubków smakowych – było naprawdę łagodne. Ale w przeciwieństwie do Malezji, na Bali skosztować można lokalnego piwa, najpopularniejsze to Bintang, produkują je nawet w wersji radler.

Przez całe siedem dni cieszyliśmy się stabilną i przyjemną pogodą. Codziennie witało nas słońce, a temperatura maksymalnie dobijała do 30 stopni Celsjusza, ale z powodu zdecydowanie niższej niż w Malezji wilgotności powietrza, była dla nas bardzo komfortowa.

Zobacz także wpis: Bali, Indonezja #2 (zwiedzanie)

 

Reklamy

5. Singapur: Universal Studios

Na znanej, z poprzedniego wpisu na blogu, wyspie Sentosa zlokalizowanych jest multum atrakcji (np. zjazd na linie, kino 4D, akwarium, park motyli). Jeszcze przed przyjazdem do Singapuru watro zapoznać się z ofertą i wybrać coś dla siebie (oficjalna strona Sentosa). Na wyspie znajduje się  Universal Studios, do którego wybrałam się z Alexem.

Pobyt w Universal Studios (wstęp S$74) zajął nam większą część dnia. Za ogromnym globusem z logo znaleźliśmy wejście na teren parku rozrywki. Powitała nas ulica w Hollywood, na której spotkaliśmy pluszowe postacie z filmów animowanych. Za rogiem czekał na nas Madagaskar, gdzie podczas rejsu łódeczką, wszyscy bohaterowie tego kultowego animowanego filmu odgrywali krótkie sceny. Atrakcja ciekawa raczej dla najmłodszych, którzy później mogli także wziąć udział w kursie tańca prowadzonym przez króla Juliana. Kilkanaście metrów dalej wkroczyliśmy na teren królestwa Far Far Away. Odwiedziliśmy zamek, gdzie w kinie 4D obejrzeliśmy kilkunastominutowy film opowiadający historię uprowadzenia Fiony przez ducha króla Farquaada i wszczętej przez Shreka oraz osła akcji ratunkowej. Goszcząc u Shreka w ogromnej komnacie zjedliśmy lody, a  później wsiedliśmy na smoczycę (kolejka górska/roller coaster), po wyjściu z której oddaliliśmy się do Zaginionego Świata (The Lost World).

W Jurassic Parku przelecieliśmy się pod skrzydłami prehistorycznego ptaka (Canopy Flyer) oraz płynęliśmy pontonem po rwącej rzece w towarzystwie ogromnych dinozaurów. Kompletnie mokrzy udaliśmy się do starożytnego Egiptu, gdzie czekała na nas, jak się później okazało, nasza druga ulubiona atrakcja tego parku – Zemsta Mumii. Po wejściu do piramidy zasiedliśmy wygodne w fotelach kolejki górskiej i na tym skończyły się przyjemności. Jazda była kompletnym szaleństwem: ogromna prędkość, ostre zakręty, z efektami 3D, okropnymi mumiami, jękami, momentami w zupełnej ciemności, z której nagle wyłaniał się ogień, a bijące od niego gorąco, podnosiło i tak już wysoką temperaturę naszych ciał. Zemsta Mumii miała być rozgrzewką przed górującą nad parkiem, ogromną stalową kolejką. W oczach Alexa zobaczyłam ogromne rozczarowanie, gdy okazało się, że najbardziej wyczekiwana przez niego atrakcja w mieście Sci-Fi niestety była nieczynna. Przyznam szczerze, że ja w tym momencie odetchnęłam z ulgą 🙂 Nie spodziewaliśmy się jednak, że Transformersi przebiją wszystko i będą naszym absolutnym numerem jeden z wypadu do Universal Studios. Wsiedliśmy w autobot i od tego momentu towarzyszyliśmy mu podczas transformacji oraz byliśmy świadkami toczącej się walki. Wrażenia były niesamowite, po raz kolejny dzięki filmowi 3D byliśmy w centrum wydarzeń, czuliśmy wszystkie wstrząsy, ciepło ognia, szybkie zwroty akcji łączące się z nagłymi szarpnięciami naszego autobota. A wyglądało to tak:

Na końcu wróciliśmy do Hollywood, gdzie jeszcze na moment wpadliśmy na plan zdjęciowy Stevena Spielberga. Po krótkim wprowadzeniu na temat sposobu w jaki tworzy się i działa scenografia do scen z efektami specjalnymi, przeszliśmy do pomieszczenia przedstawiającego plan zdjęciowy. Na planie nagle rozpętała się burza i ze spokojnej przystani pozostały tylko zgliszcza. Po zakończeniu inscenizacji wszystkie elementy sprawnie wróciły na swoje miejsce i przystań prezentowała się tak jak na początku.

Gdy kierowaliśmy się ku wyjściu żegnała nas barwna parada z tancerzami oraz platformami, na których siedzieli bohaterowie animowanych filmów.

Atrakcje, które oferuje park charakteryzują się nie tylko pomysłowością, ale dopracowaniem w każdym szczególe. Architektura tematycznych miejsc bardzo dobrze je odzwierciedla np. pozwala poczuć atmosferę starożytnego Egiptu. Nawet kilkudziesięciometrowe kolejki, są zaprojektowane w taki sposób, aby tematycznie oddawać charakter miejsca do którego prowadzą. Universal Studios odwiedziliśmy w sobotę przez co niestety najwięcej czasu spędziliśmy właśnie w kolejkach (od 15-45 minut), dlatego z każdej atrakcji skorzystaliśmy tylko raz. W Universal Studios wszyscy: najmłodsi, starsi i najstarsi, na pewno będą się świetnie bawić.

Zobacz także wpis: Singapur w 5 godzin i Singapur: Wyspa Sentosa i nocne safari