Czarny marker, wycinanie scen i wyciszanie słów, czyli malezyjska cenzura

Czasopisma

W Malezji można kupić najpopularniejsze czasopisma wydawane na całym świecie. Magazyny sprowadzane do kraju podlegają kontroli. Ogólnie rzecz biorąc w czasopismach nie jest trudno znaleźć nagie zdjęcia, np. aktorek topless. W każdym egzemplarzu danego czasopisma, wszystkie zdjęcia, które prezentują nagość (głównie biust) są zamazywane ręcznie markerem!

Do Malezji nie wolno wwozić jakichkolwiek materiałów pornograficznych.

Film

Przy zakupie biletów do kina na film „Lucy” kasjerka zapytała o nasz wiek. Prawdopodobnie ze względu na brutalne sceny film był dozwolony od 18 lat. W Polsce „Lucy” nie miał żadnych ograniczeń wiekowych.

Idąc do kina koniecznie trzeba pamiętać o założeniu długich spodni i grubych swetrów. Jeden sweter to za mało, klimatyzacja spowodowała, że prawie zamarzliśmy. Po seansie przez dłuższą chwilę ogrzewaliśmy się w kawiarni na zewnątrz (ok. 30 stopni Celsjusza) popijając gorącą czekoladę 😉

Standardem w filmach jest wyciszanie bardziej lub mniej niecenzuralnych słów. Jest to dość uciążliwe, bo przy dłuższych wypowiedziach można stracić wątek 🙂 Bardzo często wycinane są sceny, czego czasami nie da się nie zauważyć. W telewizji oglądaliśmy premierę filmu pt. „Rush”, który opowiada o rywalizacji kierowców F1 (Niki Lauda i James Hunt). Z ciekawości na szybko przejrzeliśmy ten film jeszcze raz, ale bez cenzury. „Rush” emitowany w telewizji miał wycięte minimum dwie sceny:

  1. w czasie podróży poślubnej Nikiego Lauda zabrakło kąpieli w basenie (nago),
  2. aktor wcielający się w rolę Jamesa Hunta w samolocie niejednoznacznie spojrzał na stewardessę, co w wersji bez cenzury zakończyło się sceną w toalecie.

Muzyka

Cenzura nie omija także piosenek oraz teledysków. Utwory, które wykonuje Lady Gaga, Avril Lavigne oraz Katy Perry są najczęściej poddawane ograniczeniom. Przykładem niech będzie piosenka „California Gurls”, w radio jej słowa „sex” i „ass” są wyciszane, a klip ze względu na nagie treści jest zakazany.

 

Reklamy

Copthorne Hotel Cameron Highlands, Malezja

W Cameron Highlands zdecydowaliśmy się na hotel położony najwyżej ze wszystkich dostępnych w okolicy, abyśmy także z pokoju mieli okazję cieszyć się pięknymi widokami.

Hotel Copthorne jest olbrzymi, znajduje się w nim około 350 pokoi. Obłożenie hotelu w czasie naszego pobytu było ogromne ze względu na długi weekend. Z tego powodu dłuższą chwilę staliśmy w kolejce w recepcji. Sam proces zameldowania także nie należał do najkrótszych.

Hotel prezentuje się zdecydowanie lepiej na zdjęciach niż na żywo. Wnętrza budynku zostały częściowo odnowione, nie da się nie zauważyć kontrastu między nowym a starym wyposażeniem. Podobnie sytuacja ma się w pokojach, które są przestronne i wyposażone w najpotrzebniejsze meble i sprzęty (tv, lodówka, czajnik). Łazienka po pełnym remoncie z krzywo położoną glazurą (malezyjski styl 😉 ) nie świeciła czystością.

Nocą temperatura w Cameron Highlands spada poniżej 18 stopni, w pokoju nie było ogrzewania, ale przyjemnie było poczuć w nocy delikatny chłód – idealny do spania.

W cenę pokoju wliczone było śniadanie, które przy ogromnej ilości gości zakwaterowanych w hotelu, było jak jedzenie śniadania na trasie maratonu. Dotarcie slalomem do stolika z nierozlaną kawą było mistrzostwem świata. Jakość jedzenia była dobra, wybór także był spory, aby otrzymać ciepłe danie np. omlet, trzeba było odstać swoje w kolejce.

Hotel zlokalizowany jest w spokojnej okolicy, na końcu miasteczka Brinchang. W pobliżu znajdują się największe atrakcje (Plantacja BOH, Mossy Forest), a po krótkim spacerze dotrzeć można do straganów z pamiątkami i owocami. W bezpośrednim sąsiedztwie hotelu znajduje się kilka restauracji oraz liczne salony masażu (głównie stóp).

W recepcji znaleźć można punkt biura turystycznego w którym wykupiliśmy półdniową wycieczkę po Cameron Highlands.

Ocena końcowa: 6/10

Pobyt: sierpień 2014 r.

Chińskie Święto Środka Jesieni

Na kilka dni przed Świętem Księżyca spotkaliśmy się w kawiarni, gdzie testowaliśmy oryginalne ciastka księżycowe (Mooncakes) oraz ich szanghajską wersję (Shanghai mooncakes). Księżycowe ciasteczka są okrągłe, co jest symbolem księżyca oraz rodziny. Ciastka wypełnione są różnymi nadzieniami, tradycyjne to głównie lotos i słodka fasola, których smak poznaliśmy próbując szanghajską odmianę. Wariacja smaków jest nieograniczona, można zakupić ciastka z nadzieniem o smaku liczi, rumu, truskawkowego jogurtu, czekolady czy oczywiście duriana. Nasze tradycyjne mooncakes wypełnione były orzechami oraz czarnym sezamem.

Z Chińskim Świętem Środka Jesieni związanych jest kilka legend. Jedną z nich opowiedział nasz kolega: w czasach rządów okrutnej dynastii Yuan, ludzie zaczęli się buntować. W związku z ogromną kontrolą państwa mieli problem z przekazywaniem informacji o planowanym powstaniu. Narodził się pomysł umieszczenia karteczek z krótkim przekazem o czasie mobilizacji „powstanie w nocy 15 sierpnia” w księżycowych ciastkach i rozesłania ich do wszystkich przeciwników panującej dynastii. Powstanie zakończyło się sukcesem i od tego czasu, nakazem nowej dynastii Ming, mooncakes stały się symbolem Święta Środka Jesieni (Mid-Autumn Festival).

Data tego święta zależy od fazy księżyca, w tym roku wypadała 8 września. Wieczorem pojechaliśmy do parku Bukit Jalil (Taman Rekreasi Bukit Jalil), gdzie przy pełni księżyca chcieliśmy obserwować obchody święta. W tym dniu chińskie rodziny spotykają się, aby dzielić się księżycowymi ciastkami oraz puszczać latające lampiony. Trochę się zdziwiliśmy, gdy po wejściu do parku okazało się, że nie ma tam nikogo poza nami. To miejsce, jako popularne do świętowania, poleciła jedna ze znajomych Chinek. Być może ze względu na to, że święto wypadało w poniedziałek w tym roku obchodzono je bardziej hucznie w niedzielę, albo po prostu w domowym zaciszu lub w restauracjach. Park jest duży i zadbany z kilkoma oczkami wodnymi w których skakały ryby i pływały żółwie. Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło, bo bardzo miło wspominamy spacer po pustym parku przy pełni księżyca 🙂